piątek, 4 września 2015

Nieopancerzona

Miałam gorączkę jak wieża Eiffla, czy jak tam ta kupa złomu się nazywa. Może dlatego postanowiłam powiedzieć więcej niż zwykle, chociaż w sumie to, co powtarzano mi od lat. Zwolnienie lekarskie się kończy, a ja boję się wracać do pracy.

Nie lubię nikogo zawodzić, chociaż wiem, że uszczęśliwić wszystkich nie można, wkurzyć owszem. Całe lata poświęcałam się pracy i pacjentom. Do prywatnego gabinetu stomatologicznego trafiłam z przypadku, a zostałam z powołania. Dla pacjentów, dla satysfakcji że pomagam im wychodzić z fobii i nie ukrywając, dla głównego motywatora: dla kasy, która niestety nie pojawiła się w takiej wysokości jak się spodziewałam, ale wszystkiego najwyraźniej w życiu mieć nie mogę. Na przykład pensji wystarczającej na życie. Za to mogę pochwalić się ponad stuprocentową podwyżką od czasu rozpoczęcia pracy. Zaczynałam z pensją 600 miesięcznie zł przy prawie 60 godzinach tygodniowo... Pierwsza pensja była dla mnie szokiem, bo przecież szefowa obiecała, że mnie nie skrzywdzi, a ja ufałam jej bezgranicznie.

Cieszyłam się, że mogę pracować z najlepszą dentystką jaką znam, o której umiejętnościach zawsze wyrażałam się w superlatywach. Odkąd pamiętam była fachowcem od najtrudniejszych i najbardziej skomplikowanych przypadków stomatologicznych. Pamiętam ją z czasów, kiedy byłam tylko jej pacjentem. Byłam zachwycona jej dobrocią, łagodnością i zaufaniem jakim darzyła ludzi. Z czasem cechy te przeminęły, albo zwyczajnie zniknęła oficjalna fasada. Może nie trzeba było zaglądać "na zaplecze"?

O gabinet dbałam jak o własny, chociaż nie jest mój, a o pacjentów jak o najbliższych, bo najbliżsi są dla mnie ci potrzebujący pomocy i przestraszeni. W gabinecie pracuję od 15 września 2005. Za kilka dni będzie dziesięć lat. Jednak najwyraźniej nie okazałam się niewystarczająco dobra. Dlaczego? Dostałam nieco pokątnie informacje, że moja odporność na stres jest zbyt niska i nie jestem najbardziej pożądanym z pracowników. A co się stało? Zachorowałam. Jak śmiałam!? Przecież dopiero miałam trzy tygodnie urlopu!? Zły pracownik! (po łapkach!)

Moja mama wróciła od dentysty. Leczy się tam, gdzie ja pracuję. Wróciła z informacjami, że ja się dziwnie zachowuję i ludzie mówią... i że ja raczej będę na pół etatu, ale szefowa chce mi pomóc i załatwi mi dobrego psychiatrę... Co ma psychiatra do infekcji wirusowej, która nałożyła się na uraz głowy po bliskim spotkaniu z szafką? Taki tam duperel. Otwarte szafki na wysokości twarzy, w wąskim przejściu, bo szefowa ich używa i tak mają być. Dobra szefowa! Zły pracownik! (po łapkach!)

Logika mojej mamy: Zakaz karmienia kotów i mają się natychmiast wynieść. Na pewno zaraziłam się od kotów. Tak, moja mama należy do ludzi, którzy myślą, że koty roznoszą wszystkie choroby i są winne wszelkiemu złu tego świata. Najbardziej przestraszyła się, że skoro moja pensja, o której sama mówi, że jest, cytat: "śmieszna po tylu latach pracy, a ja głupia że nie poszukałam czegoś innego", nie starcza mi na życie, a ma się w najbliższym czasie zmniejszyć o połowę, to będzie musiała utrzymywać koty których nie lubi. Zażądała wyrzucenia kotów a najlepiej odwiezienia do schroniska.

Gdybym się teraz nie rozchorowała, w domu byłoby ok. W pracy prawdopodobnie może nie ok, ale bez zmian. Najwyraźniej wszystko dąży do zwolnienia, skoro za plecami dowiaduję się, że przechodzę na pół etatu... Ktoś coś? Jakaś praca? Byle na rachunki i karmę dla kotów starczyło...

Dziwne zachowanie po uderzeniu głową w otwartą szafkę - szokujące.
Poproszenie szefowej, aby nie zlecała mi załatwiania jej prywatnych spraw, kiedy właśnie kończę dzień pracy, a mam jeszcze sporo obowiązków do wykonania - niewiarygodne.
Brak należytej koncentracji w pracy, kiedy szefowa od ponad godziny wyrzyguje, że śmiałam jej zwrócić uwagę, że zmusza mnie do załatwiania jej prywaty - nieprofesjonalne.
Brak entuzjazmu, że mam zostawać po godzinach, "bo to wygląda jakbym chciała uciekać" - zadziwiające. Pisanie pism w jej sprawach prywatnych, umawianie jej dziecka do lekarza, kiedyś nawet odrabianie pracy domowej potomstwa - nie dość entuzjastyczne.
Znoszenie złego dnia przez dwa tygodnie i wysłuchiwanie złośliwości dotyczących mojej pracy jak i mnie osobiście - niewdzięczne.
Wykonywanie poleceń: "Przynieś!", "Trzymaj!", "Szukaj!" - nie dość szybkie - pewnie "Aport!" zabrakło i dlatego nie zrozumiałam. Zły pracownik!

Niestety pancerna nie jestem i pod zbyt natarczywym naciskiem psychicznym się załamuję. (po łapkach!)

Czy ktoś ma pomysł na pracę dla "nieopancerzonych"?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz